top of page

Po raz pierwszy w życiu nie mogłyśmy obchodzić Bożego Narodzenia

4 wrz
5 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 6 dni temu

Rozmowa z Heleną Norowicz, repatriowaną z Białorusi do Polski w 1945 roku



Północny Kazachstan. Studium o ludziach i miejscach
Helena Norowicz, foto: Kat Piwecka

Losy Polaków zmuszonych po II wojnie światowej do opuszczenia swoich rodzinnych stron często naznaczone były dramatem, ale i niezwykłą siłą przetrwania. Mieszkańcy Kresów, przybywający w ramach repatriacji do nowej Polski, mimo wielu przeciwności na różne sposoby próbowali odnaleźć się w nowej rzeczywistości oraz zachować pamięć o swoich korzeniach. Wśród ewakuowanych z terenów dzisiejszej Białorusi znalazła Helena Norowicz, późniejsza aktorka filmowa (m.in. „Stawka większa niż życie”, „Czy jest tu panna na wydaniu?”, „Dekalog IV”, „Anna German”, „Boże Ciało”) i teatralna, absolwentka PWST w Łodzi, związana z warszawskim Teatrem Klasycznym oraz Teatrem Studio. Pani Helena urodziła się w 1934 roku w Chiłowszczyźnie, w województwie wileńskim, 600 km od Brześcia, 800 km od Warszawy. O sobie mówi, że rodem jest z Wileńszczyzny.


„AŁMATOR”: Jest Pani jednym z pierwszych repatriantów, którzy na skutek zmiany granic państwowych po II wojnie światowej zmuszeni zostali do opuszczenia swoich rodzinnych stron. Czy pamięta Pani szczegóły wyjazdu rodziny do Polski w roku 1945?

Helena Norowicz: Przed Bożym Narodzeniem 1945 roku było wiadomo, że wyjeżdżamy. Mama Bronisława pochodziła z rodziny pracującej na kolei, więc szybko się zorientowała, że tylko repatriacja do nowej Polski może uratować nas, pięcioro córek w wieku od 7 do 16 lat: Władzię, Ludkę, mnie, Lolę i Tereskę przed zesłaniem na Sybir, ponieważ rodzina nasza była umieszczona na liście osób przeznaczonych na wywózkę. Jeszcze na początku wojny zaufana osoba poinformowała rodziców, że mają naszą rodzinę wywieźć na Wschód. Mój dziadek był pracownikiem kolei, więc należał do służb mundurowych, a to w oczach władz sowieckich oznaczało wyrok. Na okoliczność deportacji byliśmy przygotowani, ja z siostrami spałyśmy w kożuszkach, mieliśmy zapas sucharów na drogę. Na szczęście los był dla nas łaskawy, wywózki nas ominęły. W 1945 roku ojca zabrano do wojska sowieckiego, z nim nie było kontaktu. W ostatniej chwili, przed wyjazdem do Polski, ojciec wrócił, więc wyjechaliśmy natychmiast, jak to było możliwe.


Jak zaczęła się ta przymusowa podróż?

Podróż rozpoczęła się w grudniu 1945 roku ze stacji Głębokie. W jednym wagonie, przystosowanym bardziej do przewozu towarów niż ludzi, znalazło się pięć rodzin wraz ze swoim skromnym dobytkiem. Wśród nich była nasza rodzina. Wzięliśmy ze sobą wszystko, co mogliśmy unieść – także umieszczoną w wielkiej skrzyni świnię, która miała zapewnić rodzinie mięso na zbliżające się święta wielkanocne. Można powiedzieć, że był to dowód naszej zaradności i troski o przyszłość w tych niepewnych czasach. Gwiazdka odbyła się w wynajętym pokoju w Głębokim. Dobrze pamiętam, z jakim żalem i smutkiem wpatrywałyśmy się w okna domów, gdzie stały choinki, a my po raz pierwszy w życiu nie mogłyśmy obchodzić Świąt Bożego Narodzenia. Z Głębokiego, w którym znajdował się punkt zborny dla repatriantów, wyruszyliśmy do Polski w jej nowych granicach. Podróż trwała aż trzy miesiące. Warunki były niezwykle trudne – ciasnota, zimno i ciągła niepewność jutra. Każdy postój, każda zmiana stacji budziły nadzieję, ale i obawy. W trakcie jednej z odpraw wydarzył się dramatyczny moment – najstarsza z sióstr, Władzia, nie zdążyła na odjazd pociągu. Rozpacz rodziny była ogromna. Ojciec zażądał odłączenia wagonu. Na szczęście udało się jej połączyć z nami, gdyż ojciec został w miejscu poprzedniego postoju i cierpliwie czekał na córkę. To wydarzenie na długo pozostało w pamięci całej rodziny.


Była Pani wtedy dzieckiem. Jak te wszystkie wydarzenia były odbierane przez małą, nie wszystko rozumiejącą dziewczynkę?

Byłam jedenastoletnią dziewczynką. Szczególnie poruszającym wspomnieniem do tej pory jest moment naszego przejazdu przez Warszawę. Jako dziecko znałam Warszawę z opowieści i fotografii przesyłanych przez ciocię Antoninę, mieszkankę Warszawy. Widziałam w nich piękne miasto, pełne eleganckich ulic i budowli, pomnik Szopena w Łazienkach. Rzeczywistość, którą ujrzałam z wagonu, była jednak zupełnie inna. Zamiast tętniącej życiem stolicy zobaczyłam morze ruin, stosy cegieł i kamieni, świadectwo niedawnej tragedii. Ten widok stał się dla mnie symbolem wojennego zniszczenia i utraconego świata. Ciocia Antonina Norowicz zginęła podczas Powstania Warszawskiego.


Czy ktoś pomagał repatriantom, zaopatrywał  ich w żywność, lekarstwa?

Tak, pomagała amerykańska organizacja UNRRA. Na stacjach donoszono do wagonów jedzenie: kartofle, kaszę, mięso, ser. Nie dużo tego było, ale nie głodowaliśmy. Mieliśmy także dostęp do wody.


Z jakimi oczekiwaniami przyjeżdżaliście do nowej Polski?

Rodzina bardzo chciała osiąść w mieście, żeby dzieci mogły się uczyć, zdobyć wykształcenie, zawód. Mama nie chciała żadnej gospodarki rolnej, za którą rozglądał się ojciec. Mówiła też, że trzeba osiąść na polskiej ziemi, a nie na ziemiach odzyskanych. Rodzina zdecydowała, żeby zamieszkać na jakiś czas w małej miejscowości koło Gdańska. Jednak z braku szkoły w pobliżu rodzice zdecydowali się na dalszą podróż do Koszalina. Wybór nie był przypadkowy. Wiedzieliśmy, że nasza ciocia Józefa przyjechała już z rodziną do tego miasta.


Jak wyglądały początki nowego życia w Koszalinie?

Po długiej i wyczerpującej podróży dotarliśmy do Koszalina, gdzie rozpoczęło się nasze nowe życie. Zamieszkaliśmy na przedmieściu Koszalina w niewielkim domku przy ul. Juliana Fałata. Okolica była ładna, dużo zieleni. Pamiętam, że lubiłam biegać po lesie. Warunki były skromne, spałyśmy po dwie w jednym łóżku, ucząc się od najmłodszych lat dzielić przestrzeń i codzienne obowiązki. Przywieziona z tak wielkim trudem świnia znalazła swoje miejsce w małym chlewie. Niestety na tydzień przed Wielkanocą została skradziona. Był to bolesny cios dla rodziny, która i tak zaczynała wszystko od początku. Mimo różnych trudności ja i moje siostry poszłyśmy do szkół. Każda z nas z czasem odnalazła własną drogę życiową. Nasze losy potoczyły się różnie, ale wspólne doświadczenie repatriacji na zawsze nas połączyło.


Czy z perspektywy lat da się dostrzec pozytywne strony repatriacji, która wówczas, w 1945 roku, była dla całej Pani rodziny dotkliwym doświadczeniem?

Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się nasze losy, gdyby nie opuszczenie rodzinnych stron. W Polsce ukończyłam studia aktorskie, spełniły się moje ukryte marzenia. Pracowałam między innymi w Teatrze Józefa Szajny, co dało mi możliwość zwiedzania świata. Do dzisiaj uczestniczę w życiu kulturalnym Warszawy. A gdyby rodzina została na Białorusi, na pewno bylibyśmy wywiezieni na Sybir… Choć początki były trudne, to właśnie w Koszalinie zaczęła się ważna karta naszej historii – budowana na pracy, determinacji i nadziei na lepszą przyszłość. Nasza życiowa droga, w której przecież nie brakło cierpienia, miała sens. Droga ta prowadziła nas do wolności i poczucia, że w życiu ważne są różne doświadczenia, które nadają egzystencji pełny wymiar.


Czy Pani odwiedziła kiedykolwiek swoje strony rodzinne?

Otóż nie! To była świadoma decyzja. Bałam się, że powrót w rodzinne strony, do miejsc znanych z wczesnego dzieciństwa, może okazać się zbyt bolesny, traumatyczny. Co tam zastanę, jakie wspomnienia odżyją? Wolałam o tym nie pamiętać. W mojej pamięci z dzieciństwa są zresztą różne obrazy. I jest ich bardzo wiele, może nawet zbyt wiele. Te miłe sercu, związane z życiem rodzinnym, ale także i te drastyczne, wojenne, jak na przykład palone przez Niemców pobliskie wsie oraz śmierć ich mieszkańców.



Komentarze


bottom of page