Lubelski koncert „Wilii” z 1979 roku
- Lucyna Ejma, Piotr Boroń
- 21 gru 2025
- 8 minut(y) czytania
czyli jak rodziła się idea Fundacji im. Tadeusza Goniewicza

W 1955 roku, w sowieckim Wilnie, powstał najstarszy działający na obszarze Związku Radzieckiego polski zespół ludowy – Zespół Artystyczny Pieśni i Tańca „Wilia”. Trzydzieści cztery lata później w Lublinie została zarejestrowana Fundacja Pomocy Szkołom Polskim na Wschodzie im. Tadeusza Goniewicza. Dzieje wileńskiego zespołu oraz działającej na rzecz Polaków na Wschodzie fundacji łączy ciekawe, historycznie znaczące wydarzenie z końca lat 70. Otóż przy okazji odbywającego się jesienią 1979 roku w Lublinie koncertu „Wilii” doszło, podczas prywatnego i poufnego spotkania, do nawiązania ważnych kontaktów między Józefem Adamskim, przyszłym założycielem i prezesem Fundacji T. Goniewicza, a kilkoma członkami zespołu z Wilna. Wydarzenie to, będące początkiem przyszłej współpracy i przyjaźni Józefa Adamskiego z polskimi nauczycielami, duchownymi i działaczami na Litwie, nie zostało dotychczas szczegółowiej opisane, choć z pewnością na to zasługuje. Zbliżający się jubileusz 70-lecia istnienia „Wilii” to dobra okazja, aby nieco przybliżyć ten ciekawy epizod z dziejów samego zespołu oraz ważny fakt w biografii Józefa Adamskiego. Fakt niejako inaugurujący zorganizowaną, przypadającą na lata 80., działalność przyszłego prezesa Fundacji T. Goniewicza.
Pisała o nim w zajmujący sposób Alicja Omiotek, którą można uważać, obok Józefa Adamskiego, za pierwszego historyka opisującego fundacyjne dzieje. W szkicu jej autorstwa zatytułowanym „Z dziejów Fundacji Pomocy Szkołom Polskim na Wschodzie im. Tadeusza Goniewicza w Lublinie” czytamy: „Przełomowym wydarzeniem w działaniach poprzedzających powstanie Fundacji był koncert Zespołu Pieśni i Tańca «Wilia» z Wilna w Lublinie, w październiku 1979 r. Koncert odbywał się w «Chatce Żaka», na terenie miasteczka uniwersyteckiego i towarzyszyła mu szczególna atmosfera. Był to pierwszy po wojnie występ polskiego zespołu artystycznego zza wschodniej granicy i wszyscy byli tym faktem mocno przejęci, zarówno licznie zgromadzona publiczność jak i artyści. Poza tym, było to już po wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową i po jego pierwszej pielgrzymce do kraju, zapowiadającej zmianę, «oblicza ziemi», toteż w powietrzu wisiało już coś, co mimo jesieni zwiastowało wiosnę… Józef Adamski postanowił wykorzystać to wielkie wydarzenie w Lublinie do poszerzenia bezpośrednich kontaktów z wileńskimi Polakami. Po koncercie pobiegł za kulisy i poprosił jednego z tancerzy o krótką rozmowę. Boża Opatrzność zdecydowała, że był to akurat prawy Polak i katolik, Franciszek Osipowicz, który zorientowawszy się o co Adamskiemu chodzi, z radością przyjął jego zaproszenie na rodzinną kolację i obiecał, że przyprowadzi ze sobą jeszcze kilku innych zaufanych kolegów. Przyjęcie zaproszenia było proste, natomiast gorzej było z jego realizacją. Członkowie Zespołu nie mogli przecież wychodzić z hotelu, w którym byli zakwaterowani. Byli pod stałą, «opieką» funkcjonariuszy KGB, którzy śledzili niemal każdy ich krok. Dopiero późnym wieczorem, po obowiązkowym apelu i zgaszeniu świateł, Franciszek Osipowicz i jego trzej koledzy wyskoczyli przez okno hotelu i wkrótce znaleźli się w mieszkaniu Józefa Adamskiego, które na szczęście znajdowało się w bliskim sąsiedztwie. Nocne rodaków rozmowy trwały niemal do białego rana i okazały się niezwykle konstruktywne. Ustalono szczegółowy program współpracy i od tej pory wszystkie nielegalne przesyłki z KUL-u na Wschód były realizacją konkretnych zamówień i trafiały do konkretnego odbiorcy”.

A tak spotkanie to opisywał w swoich wspomnieniach jego inicjator, Józef Adamski: „Dopiero jesienią 1979 r. nadarzyła mi się okazja do nawiązania kontaktów z Polakami zza wschodniej granicy. Do Lublina przyjechał wówczas Zespół Pieśni i Tańca «Wilia» z Wilna, który występował na scenie Chatki Żaka w miasteczku uniwersyteckim. Zespół zakwaterowany był w Hotelu Studenta Zaocznego, bardzo blisko mojego miejsca zamieszkania. Postanowiłem to wykorzystać. W przerwie koncertu pobiegłem za kulisy i zaczepiłem jednego z chórzystów. Po krótkiej wymianie zdań zaproponowałem mu kolację u mnie w domu i poprosiłem, żeby jeszcze kogoś ze sobą przyprowadził. Uprzedziłem też, że chodzi mi przede wszystkim o nawiązanie kontaktów ze szkołami polskimi na Litwie. Trafiłem na porządnego człowieka, który z radością przyjął moje zaproszenie i obiecał, że kogoś przyprowadzi. Uprzedził tylko, że może to być późno, ponieważ muszą poczekać do wieczornego apelu i do czasu aż ich «opiekunowie» z KGB pójdą spać. Przyszli około godz. 22 uprzednio wyskoczywszy przez hotelowe okno. Było ich czterech. Franciszek Osipowicz, Bogdan Sobieski, Stanisław Poźniak i Jan Giedrojć. Mój Boże! Cóż to był za wieczór, a właściwie noc, bo siedzieliśmy do świtu. (…) Dla naszych gości była to pierwsza wizyta w wolnym świecie, jakim była dla nich Polska, a dla nas pierwsze spotkanie z rodakami zza żelaznej kurtyny. Kiedy już nagadaliśmy się do woli, zapadły pierwsze ustalenia dotyczące dalszej współpracy. Wymieniliśmy adresy i umówiliśmy się na kolejne spotkanie w Wilnie. Mnie już wtedy zaczął kiełkować w głowie szalony, jak na tamte czasy, pomysł utworzenia fundacji, która niosłaby pomoc polskim szkołom na Wschodzie. W Polsce były to sprawy wówczas zupełnie nieznane, ale ja z ideą takich fundacji zetknąłem się podczas mojej podróży na Zachód w 1978 r. Postanowiłem więc spróbować tworzyć coś nielegalnie w Lublinie, licząc na to, że może kiedyś coś się zmieni i można będzie to zalegalizować. Wiedziałem też, że w Lublinie znalazłbym bardzo wielu chętnych do współpracy w tym zakresie. Wszyscy moi goście byli doskonale osadzeni w polskim szkolnictwie zarówno w Wilnie jak i w jego okolicach”.
Do Polski wileński zespół przyjechał na oficjalne zaproszenie Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej oraz Zespołu Tańca Ludowego UMCS z Lublina. Lubelska publiczność ujrzała i usłyszała „Wilię” już po raz drugi. Wspominał o tym na swoich łamach „Kurier Lubelski” z 29 X 1979 r., zapowiadający występ zespołu w Akademickim Centrum Kultury „Chatka Żaka”. W artykule „Zespół WILIA gości w Polsce” można było m.in. przeczytać: „Spośród Wilii sinych fal, z miasta młodości Mickiewicza i Moniuszki, ze stolicy bratniej Litwy Radzieckiej przywieźliśmy nasze pozdrowienia wypowiedziane w pieśni i tańcu. Tak w 1975 roku witali wilnianie polską publiczność. Podczas swego pobytu w Białej, Lublinie, Zamościu, Kraśniku, Chełmie, Warszawie, Bydgoszczy, Toruniu, gorąco oklaskiwany Zespół Pieśni i Tańca z Wilna prezentował zarówno regionalne tańce i piosenki polskie, jak też wiele układów choreograficznych obrazujących folklor republik radzieckich. WILII rekomendować nie trzeba. Zna ten zespół młodzież szkolna, akademicka, dorośli, wszyscy miłośnicy folkloru, dla których, jak wspominają członkowie zespołu, trzeba było organizować dodatkowe koncerty. (…) Przeglądam zdjęcia, pieczołowicie przechowywane w archiwum Zespołu Tańca Ludowego UMCS, na którego zaproszenie dziś przyjeżdżają do Lublina koledzy z Wilna. Są wśród nich fotografie upamiętniające spotkania zespołu z rektorem UMCS prof. dr. hab. Wiesławem Skrzydłą, spotkania w zakładach pracy, a także zdjęcia, na których kosze kwiatów pokrywające sceny lubelskie i warszawskie, świadczą nie tylko o zachwycie publiczności, ale i o wielkiej przyjaźni, jaką darzymy tę grupę. Podczas swego pobytu w Polsce Zespół Pieśni i Tańca WILIA z Wilna gościć będzie w Puławach, Włodawie, Chełmie, Zamościu, Poznaniu, Krakowie, Zakopanem. Lubelska publiczność będzie mogła podziwiać tę grupę już 1 bm. (pomyłka redaktorska – powinno być: 1 listopada – Red.) w Chatce Żaka”.

Występowi „Wilii” w Lublinie towarzyszyły, podobnie jak w 1975 roku, liczne, pozakoncertowe wydarzenia. Tym razem było to między innymi zwiedzanie Majdanka oraz spotkanie z członkami zespołu „Lubliniacy”. Artyści z Wilna przebywali w Kozim Grodzie niecałe cztery dni. Po występie w „Chatce Żaka”, 2 listopada, ruszyli w dalszą trasę do Poznania. Dla czwórki chórzystów zespołu, którzy noc z 1 na 2 listopada spędzili poza miejscem zakwaterowania, faktem, który najbardziej utkwił im w pamięci z jesiennego tournée po Polsce, była wizyta w domu Józefa Adamskiego, wydarzenie w ich życiu oraz w historii „Wilii” bez precedensu. Wszystkie dotychczasowe spotkania, jak na przykład te, o których wspominał „Kurier Lubelski”, miały charakter oficjalny, mieściły się zatem w typowej dla tamtych czasów przewidywalnej sztampie. Niezaplanowana wizyta w prywatnym domu, atmosfera szczerej, nieskrępowanej rozmowy, poczucie wspólnej troski o język, kulturę i tradycje rodaków z Wileńszczyzny – wszystko to dla uczestników spotkania musiało być i było czymś niezwykłym, pokrzepiającym.

Hotel Studenta Zaocznego w Lublinie, jeden z domów akademickich należących do UMCS (obecnie Dom Studenta „Kronos”), w którym zakwaterowano gości z Wilna, znajduje się na Osiedlu Piastowskim, tym samym, na którym mieszkali gospodarze spotkania – państwo Józef i Krystyna Adamscy. Członkowie „Wilii” potrzebowali około pięciu minut, aby dotrzeć pod wskazany adres. Choć o doborze uczestników spotkania decydował właściwie przypadek, trzeba przyznać, że był on wyjątkowo szczęśliwy. W mieszkaniu Adamskich na ul. Kazimierza Wielkiego 9 spotkali się nie tylko ludzie autentycznie „oddani sprawie”, czyli żywotnie zainteresowani pielęgnowaniem polskości na Litwie, ale także o nietuzinkowych biografiach: żołnierz AK – uczestnik operacji „Ostra Brama”, potomek królewskiego rodu oraz późniejsi chórzyści Akademickiego Teatru Opery i Baletu w Wilnie.
Nie potrafimy dziś – czas niestety robi swoje – szczegółowo zrekonstruować przebiegu całonocnej rozmowy rodaków z Lublina i Wilna. Wiemy na pewno, że dla wszystkich ten niezwykły i nieoczekiwany wieczór był doniosłym wydarzeniem. Potwierdzają to, obok przywołanych powyżej opinii, wypowiedzi Stanisława Poźniaka i Bogdana Sobieskiego, dwóch żyjących członków „Wilii”, którzy skorzystali z zaproszenia Józefa Adamskiego. Z obydwoma panami spotkaliśmy się w Wilnie pod koniec sierpnia. Oto, co nam powiedzieli.
Bogdan Sobieski: „Byliśmy, podczas naszych tras koncertowych po Polsce, różnie traktowani przez spotykanych na ulicy przypadkowych ludzi. Nasza «Wilia» była tak naprawdę jedyną taką polską placówką na Litwie, można powiedzieć, że była wileńskim «Mazowszem». Zdarzały się jednak przypadki, że nieświadomi ludzie, jako że przyjechaliśmy z ZSRR, brali nas za «Ruskich». I nagle taka niespodzianka. Po koncercie do Franciszka Osipowicza, który tak jak ja udzielał się w chórze u Dominikanów, podszedł człowiek. Poprosił go, aby poszukał wśród członków «Wilii» ludzi zainteresowanych sprawami Polaków na Wileńszczyźnie. Należało wytypować najbardziej oddanych i pewnych. W Polsce nie mieliśmy dużej swobody w poruszaniu się, w oddalaniu od miejsca zakwaterowania. Z Pałacu Związków Zawodowych (Republikański Pałac Związków Zawodowych w Wilnie, przy którym działała «Wilia» – Red.) został ktoś oddelegowany do pilnowania nas, kontrolowania tego, co robimy po koncertach w wolnym czasie. Być może ten człowiek miał powiązania z KGB, to bardzo prawdopodobne. Nie pamiętam już dokładnie, jak wydostaliśmy się z hotelu. Sami byśmy nie trafili do mieszkania Józefa Adamskiego, ale on czekał na nas pod oknami. Od razu wzbudził nasze zaufanie. Czuć było, że to prawy, uczciwy człowiek. W domu czekała na nas kolacja. Stół był ładnie nakryty, widać, że czekano na nas, jak na ważnych gości. Rozmawialiśmy bardzo długo, właściwie do rana. Pan Józef pytał nas o życie religijne na Litwie, o szkoły, o nasze potrzeby i jak może nam pomóc. Widać było, że Józef Adamski chce szerzyć wśród Polaków na Litwie polskość i że chce nas Polsce przybliżyć. To była taka, można tak powiedzieć, pierwsza jaskółka. Wcześniej nikt się raczej nami z Polski nie interesował. Od niego to wszystko poszło. Pan Józef był moim częstym i serdecznym gościem. Zawsze, kiedy w latach 80. i później przyjeżdżał do Wilna, mógł liczyć na moją gościnę i wsparcie. Znałem wielu polskich nauczycieli, więc, za moim między innymi pośrednictwem, pan Adamski mógł nawiązywać potrzebne dla swojej działalności kontakty”.
Stanisław Poźniak: „Taki, wydawałoby się wtedy, szeregowy działacz zrobił więcej niż oficjalne instytucje. Pan Józef to niesamowity człowiek. Wziął nas, obcych ludzi, pod swój dach i tak wspaniale przyjął, ugościł. Wszyscy, żona i córki pana Józefa, byli dla nas bardzo mili, serdeczni, z troską wypytywali o to, jak nam się żyje, czy czegoś potrzebujemy, jak pod sowiecką władzą radzimy sobie z pielęgnowaniem pamięci o swoich polskich korzeniach. Pamiętam, że podczas trasy po Polsce pilnował nas jakiś sekretarz, ktoś do tego wytypowany. Nie mogliśmy tak po prostu wyjść z hotelu, bo natychmiast by to zauważono. Pewnie posypałyby się pytania, gdzie się oddalamy, z kim zamierzamy się spotkać. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, dość nisko, więc opuszczenie hotelu przez okno nie było trudne. Kiedy wróciliśmy rano do hotelu, spotkały nas z jego, tego sekretarza strony, wymówki, pretensje. Byliśmy wtedy odcięci od jakichkolwiek ważnych informacji, izolowani od świata. Dzięki nawiązanym z panem Józefem kontaktom to się zaczęło powoli zmieniać. Mam dla pana Adamskiego wielką wdzięczność, za okazane nam zainteresowanie i pomoc, która trwała latami. Bardzo dużo nam pomagał, nam Polakom z Litwy, a także mojej rodzinie. Tego nigdy nie zapomnę”.
Józef Adamski, któremu już w latach 70. przyświecała myśl niesienia pomocy Polakom na Wschodzie, dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak niełatwe były kontakty z Polakami mieszkającymi w ZSRR i jak ryzykowne rzuca wyzwanie opresyjnej, komunistycznej rzeczywistości. Dzięki zorganizowanemu wraz z żoną spotkaniu z rodakami z Wilna, udało mu się stworzyć pierwsze podwaliny pod przyszłą fundacyjną działalność. Podjęte na spotkaniu, jeszcze dość luźne, ale jakże ważne projekty, już wkrótce, w latach 80., przekształcić się miały w zakonspirowane formy pomocy niesionej Polakom mieszkającym w Związku Radzieckim. Dzięki nawiązanym w 1979 roku w prywatnym lubelskim mieszkaniu kontaktom, do Polaków, najpierw z Litwy, a następnie z innych sowieckich republik, wędrowały słowa otuchy oraz cenne materiały – prasa, książki, dewocjonalia etc. O ile, zbliżająca się do ważnego jubileuszu, „Wilia” ma swoją bogato udokumentowaną historię, o tyle ilość publikacji poświęconych Fundacji im. T. Goniewicza, której idea zrodziła się podczas pobytu zespołu w 1979 roku w Lublinie, wydaje się być odwrotnie proporcjonalna do rezultatów fundacyjnej działalności. Miejmy nadzieję, że, między innymi za sprawą takich publikacji jak ta, to się wkrótce zmieni.




Komentarze