Nie wolno zapomnieć
- Malwina Ejma
- 26 kwi
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 27 kwi
II wojna światowa w pamięci niemieckich weteranów
Cicha mieścina w Badeni-Wirtenberdze. Czysto, niemal sterylnie, zadbana zieleń, uśmiechający się miejscowi – Niemcy. W miasteczku nie ma uchodźców, więc żyje się tu spokojnie, beztrosko. W południe ludzie piją kawę w pobliskiej kawiarni, po obiedzie dziadkowie przychodzą na lody z wnukami. Obraz sielski, anielski. Familijny.
Przy jednej z eleganckich uliczek, tego nieco onirycznie wyglądającego miasta, znajduje się duży, nowoczesny, pomalowany na kremowy kolor, budynek. Jest to dom opieki, w którym pracuję jako opiekunka medyczna. Jestem tutaj jedyną Polką, a pod swoją opieką mam ludzi, którymi nie mogą, choć chyba częściej nie chcą, zająć się ich rodziny.

Pensjonariuszami są tu, rzecz jasna, Niemcy. Starzy, mniej lub bardziej schorowani, mężczyźni i kobiety. Są wśród nich byli rolnicy, nauczycielki, kierowcy, sprzedawczynie, gospodynie domowe i... żołnierze. Słowo żołnierze biorę w cudzysłów, bo, jako Polka, człowieka służącego w Wehrmachcie za żołnierza po prostu uznać nie mogę. Tak więc opiekuję się tutaj ludźmi o życiorysach współtworzących historię, która powinna była dawno zostać zamknięta w podręcznikach. Opiekuję się wehrmachtowcami. Większość z nich jest z siebie dumna. Uważają się za patriotów, niemal bohaterów, obrońców wzniosłych ideałów i społecznego ładu. Ich dobrze utrzymane wojskowe uniformy wiszą w szafach. Zdjęcia w pełnym umundurowaniu zdobią ściany. Historia nie jest tu opowieścią z podręczników – jest codziennością, czymś niemal namacalnym. Swoistym wyposażeniem pokoju.
Oczywiście moi podopieczni byli i są różni. Jedni introwertyczni, zamknięci. Inni agresywni, wybuchowi i nieobliczalni. Byli tacy, którzy krzyczeli w nocy, i tacy, którzy w dzień potrafili rzucać nazistowskimi hasłami. Niektórzy zachowywali się tak, jakby wojna nigdy się nie skończyła. Byli też tacy, którzy żałowali. I tacy, którzy żałowali tylko jednego – że przegrali…
Herr Peter – lotnik, który chciał tylko latać
Herr Peter był lotnikiem Luftwaffe. Częścią elity militarnej III Rzeszy – formacji, która od pierwszych dni wojny realizowała doktrynę Blitzkriegu, niszcząc miasta, infrastrukturę przemysłową i zabijając cywilów. Bombardowania Wielunia, Warszawy, Lublina... Herr Peter jeszcze przed wojną kochał latanie – czyste, techniczne, wolne od ideologii. Samolot był dla niego po prostu latającą maszyną i niemal przyjacielem oraz symbolem umiłowanej przestrzeni, nie narzędziem śmierci. Potem przyszła wojna, werbunek, służba. „W III Rzeszy nie pytali mnie o marzenia. Pytali, czy będę posłusznie wykonywać rozkazy” – mówił.
Wiedział, że jestem Polką. Szanował mnie. Rozmawialiśmy często. Siedziałam na krawędzi jego łóżka, a on opowiadał o tym, jak nauczył się latać. O niebie. Mówił też o wojnie, o lotniskach, o pierwszych lotach zwiadowczych. Te wspominał najlepiej. „Mówiłem sobie wtedy: Dziś nikt nie zginie. Nie z mojej ręki” – to zdanie powtarzał najczęściej.
Kiedy opowiadał o bombardowaniach, głos mu cichł. Mówił, że w kokpicie słychać tylko świst bomb i pracę silnika. Nie słychać krzyków zabijanych. Nie widać twarzy rozrywanych na strzępy ludzi. Wojna widziana z góry jest abstrakcją – mapą, celem, współrzędnymi. A jednak wiedział. Wiedział, że pod kartograficznymi punktami byli ludzie. Polacy. Kobiety. Dzieci.
Gdy do niego strzelali, strzelał. Chciał żyć. Nieposłuszeństwo w wojsku III Rzeszy nie było opcją – było wyrokiem. Wielokrotnie mnie przepraszał. Za to, kim był. Za to, kim go zrobiono. Za to, że przeżył.
Nie był dumny z zabijania Polaków. Był dumny z latania. I ta sprzeczność dręczyła go do samej śmierci.

Herr Thomas – duma, nienawiść i strach
Herr Thomas należał do tej grupy pensjonariuszy, która wśród weteranów wojennych stanowiła zdecydowaną większość. Był pełen nienawiści i pretensji o przegraną wojnę. Pozwalał mi się do siebie zbliżać do czasu, kiedy nie dowiedział się, że jestem Polką. Służył w Wehrmachcie z własnej woli, Polaków szczerze nienawidził i był z tego dumny. Dla niego wojna była uświęconą wyższymi racjami koniecznością, a mord – przywilejem.
Był wiernym i oddanym żołnierzem, który prawie całą wojnę spędził w Generalnym Gubernatorstwie. Z chorą satysfakcją opowiadał o wyprowadzaniu Polaków z domów i strzelaniu do nich, o pacyfikacji powstania w getcie warszawskim w 1943 roku. Szczegółowo relacjonował swoje poczynania na froncie. I jednocześnie opowiadał o rodzinie: żonie i dzieciach, którzy, dumni ze swego męża i ojca, czekali na jego szczęśliwy powrót.
Jednak w nocy Herr Thomas nie był już takim bohaterem. Miał koszmary i napady paniki. Krzyczał, że „Polacy po niego przyjdą. Że go znajdą. Że mu nie darują”.
Dom opieki, w którym pracuję, nie jest specjalnym miejscem dla weteranów wojennych. Być może to przypadek, że w czasie mojej pracy przebywało tu kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu. Być może w innych domach opieki jest podobnie. Po prawie 80 latach od wojny przyszło mi zmierzyć się z traumami nie tylko tymi ojczystymi, ale również osób, które do traum polskiego narodu się przyczyniły. I jeśli ktoś pyta, czy można było im współczuć – odpowiadam: czasem tak, czasem nie. Ale nigdy nie wolno zapomnieć, kim byli i co zrobili. Bo historia, której się nie nazwie po imieniu, zawsze wraca. Najpierw w opowieściach. Potem w czynach.
Niemieckie media próbują wymazać historię „złych” Niemców, ale ci źli Niemcy cały czas tu są i miesięcznie pobierają kilkaset euro emerytury jako „ofiary wojny”. Co ciekawe, sami Niemcy szacują, że 5% beneficjentów może mieć związek ze zbrodniami wojennymi, ale nie bardzo ich to oburza. Tymczasem w Polsce prawdziwe ofiary wojny nadal nie mogą liczyć na żadne zadośćuczynienie. Zadośćuczynienie od rzekomo naszych przyjaciół zza zachodniej granicy…





Bardzo ciekawy tekst i świetna grafika!