top of page

Nie wolno zapomnieć

Zaktualizowano: 27 kwi

II wojna światowa w pamięci niemieckich weteranów


Cicha mieścina w Badeni-Wirtenberdze. Czysto, niemal sterylnie, zadbana zieleń, uśmiechający się miejscowi – Niemcy. W miasteczku nie ma uchodźców, więc żyje się tu spokojnie, beztrosko. W południe ludzie piją kawę w pobliskiej kawiarni, po obiedzie dziadkowie przychodzą na lody z wnukami. Obraz sielski, anielski. Familijny.

Przy jednej z eleganckich uliczek, tego nieco onirycznie wyglądającego miasta, znajduje się duży, nowoczesny, pomalowany na kremowy kolor, budynek. Jest to dom opieki, w którym pracuję jako opiekunka medyczna. Jestem tutaj jedyną Polką, a pod swoją opieką mam ludzi, którymi nie mogą, choć chyba częściej nie chcą, zająć się ich rodziny.


Flug der Liebe
Malwina Ejma

Pensjonariuszami są tu, rzecz jasna, Niemcy. Starzy, mniej lub bardziej schorowani, mężczyźni i kobiety. Są wśród nich byli rolnicy, nauczycielki, kierowcy, sprzedawczynie, gospodynie domowe i... żołnierze. Słowo żołnierze biorę w cudzysłów, bo, jako Polka, człowieka służącego w Wehrmachcie za żołnierza po prostu uznać nie mogę. Tak więc opiekuję się tutaj ludźmi o życiorysach współtworzących historię, która powinna była dawno zostać zamknięta w podręcznikach. Opiekuję się wehrmachtowcami. Większość z nich jest z siebie dumna. Uważają się za patriotów, niemal bohaterów, obrońców wzniosłych ideałów i społecznego ładu. Ich dobrze utrzymane wojskowe uniformy wiszą w szafach. Zdjęcia w pełnym umundurowaniu zdobią ściany. Historia nie jest tu opowieścią z podręczników – jest codziennością, czymś niemal namacalnym. Swoistym wyposażeniem pokoju.

Oczywiście moi podopieczni byli i są różni. Jedni introwertyczni, zamknięci. Inni agresywni, wybuchowi i nieobliczalni. Byli tacy, którzy krzyczeli w nocy, i tacy, którzy w dzień potrafili rzucać nazistowskimi hasłami. Niektórzy zachowywali się tak, jakby wojna nigdy się nie skończyła. Byli też tacy, którzy żałowali. I tacy, którzy żałowali tylko jednego – że przegrali…


Herr Peter – lotnik, który chciał tylko latać

Herr Peter był lotnikiem Luftwaffe. Częścią elity militarnej III Rzeszy – formacji, która od pierwszych dni wojny realizowała doktrynę Blitzkriegu, niszcząc miasta, infrastrukturę przemysłową i zabijając cywilów. Bombardowania Wielunia, Warszawy, Lublina... Herr Peter jeszcze przed wojną kochał latanie – czyste, techniczne, wolne od ideologii. Samolot był dla niego po prostu latającą maszyną i niemal przyjacielem oraz symbolem umiłowanej przestrzeni, nie narzędziem śmierci. Potem przyszła wojna, werbunek, służba. „W III Rzeszy nie pytali mnie o marzenia. Pytali, czy będę posłusznie wykonywać rozkazy” – mówił.

Wiedział, że jestem Polką. Szanował mnie. Rozmawialiśmy często. Siedziałam na krawędzi jego łóżka, a on opowiadał o tym, jak nauczył się latać. O niebie. Mówił też o wojnie, o lotniskach, o pierwszych lotach zwiadowczych. Te wspominał najlepiej. „Mówiłem sobie wtedy: Dziś nikt nie zginie. Nie z mojej ręki” – to zdanie powtarzał najczęściej.

Kiedy opowiadał o bombardowaniach, głos mu cichł. Mówił, że w kokpicie słychać tylko świst bomb i pracę silnika. Nie słychać krzyków zabijanych. Nie widać twarzy rozrywanych na strzępy ludzi. Wojna widziana z góry jest abstrakcją – mapą, celem, współrzędnymi. A jednak wiedział. Wiedział, że pod kartograficznymi punktami byli ludzie. Polacy. Kobiety. Dzieci.

Gdy do niego strzelali, strzelał. Chciał żyć. Nieposłuszeństwo w wojsku III Rzeszy nie było opcją – było wyrokiem. Wielokrotnie mnie przepraszał. Za to, kim był. Za to, kim go zrobiono. Za to, że przeżył.

Nie był dumny z zabijania Polaków. Był dumny z latania. I ta sprzeczność dręczyła go do samej śmierci.


Malwina Ejma
Malwina Ejma

Herr Thomas – duma, nienawiść i strach


Herr Thomas należał do tej grupy pensjonariuszy, która wśród weteranów wojennych stanowiła zdecydowaną większość. Był pełen nienawiści i pretensji o przegraną wojnę. Pozwalał mi się do siebie zbliżać do czasu, kiedy nie dowiedział się, że jestem Polką. Służył w Wehrmachcie z własnej woli, Polaków szczerze nienawidził i był z tego dumny. Dla niego wojna była uświęconą wyższymi racjami koniecznością, a mord – przywilejem.

Był wiernym i oddanym żołnierzem, który prawie całą wojnę spędził w Generalnym Gubernatorstwie. Z chorą satysfakcją opowiadał o wyprowadzaniu Polaków z domów i strzelaniu do nich, o pacyfikacji powstania w getcie warszawskim w 1943 roku. Szczegółowo relacjonował swoje poczynania na froncie. I jednocześnie opowiadał o rodzinie: żonie i dzieciach, którzy, dumni ze swego męża i ojca, czekali na jego szczęśliwy powrót.

Jednak w nocy Herr Thomas nie był już takim bohaterem. Miał koszmary i napady paniki. Krzyczał, że „Polacy po niego przyjdą. Że go znajdą. Że mu nie darują”.

Dom opieki, w którym pracuję, nie jest specjalnym miejscem dla weteranów wojennych. Być może to przypadek, że w czasie mojej pracy przebywało tu kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu. Być może w innych domach opieki jest podobnie. Po prawie 80 latach od wojny przyszło mi zmierzyć się z traumami nie tylko tymi ojczystymi, ale również osób, które do traum polskiego narodu się przyczyniły. I jeśli ktoś pyta, czy można było im współczuć – odpowiadam: czasem tak, czasem nie. Ale nigdy nie wolno zapomnieć, kim byli i co zrobili. Bo historia, której się nie nazwie po imieniu, zawsze wraca. Najpierw w opowieściach. Potem w czynach.

Niemieckie media próbują wymazać historię „złych” Niemców, ale ci źli Niemcy cały czas tu są i miesięcznie pobierają kilkaset euro emerytury jako „ofiary wojny”. Co ciekawe, sami Niemcy szacują, że 5% beneficjentów może mieć związek ze zbrodniami wojennymi, ale nie bardzo ich to oburza. Tymczasem w Polsce prawdziwe ofiary wojny nadal nie mogą liczyć na żadne zadośćuczynienie. Zadośćuczynienie od rzekomo naszych przyjaciół zza zachodniej granicy…


1 komentarz


Szkola_
28 kwi

Bardzo ciekawy tekst i świetna grafika!

Polub
bottom of page