Skandaliczny wykład
- Lucyna Ejma, Piotr Boroń
- 8 kwi
- 5 minut(y) czytania
na konferencji Instytutu Rozwoju Języka Polskiego im. św. M. M. Kolbego

„Od ram programowych do dialogu – systemowe wsparcie nauczania języka polskiego za granicą” – pod takim szumnym hasłem 8 grudnia odbyła się konferencja Instytutu Rozwoju Języka Polskiego z udziałem przedstawicieli szkół polonijnych z różnych zakątków świata. Do udziału w wydarzeniu zaproszono ekspertów od edukacji polonijnej oraz języka polskiego, reprezentujących ważne instytucje oraz środowiska uniwersyteckie. W trakcie paneli i konferencyjnych sesji dzieli się oni z gośćmi swoją wiedzą i doświadczeniami, mogącymi dać się spożytkować w sobotnich szkołach polonijnych w Australii, Kazachstanie, Francji, Kanadzie i innych państwach, w których nauczany jest język polski. Język wystąpień oraz sposób prowadzenia konferencji daleki był od oficjalnej sztampy i akademickiego zadęcia. Intencją gospodarzy wydarzenia było zapewne, aby spotkanie przebiegało w miłej, spontanicznej atmosferze, w której lekki, niewymuszony humor mógłby się przeplatać z merytoryczną dyskusją o priorytetach (często powtarzane podczas konferencji słowo) współczesnej dydaktyki polonistycznej.
Czy im się to udało? Chyba niezupełnie. Konferansjer, niczym bułhakowowski Żorż Bengalski, nieustannie, i bez większej potrzeby, komentował i uzupełniał wypowiedzi prelegentów, przy okazji okraszając je mało dowcipnymi uwagami. Ci drudzy czarowali audytorium swoją branżową elokwencją, językowymi niespodziankami oraz przeźroczami, na których powaga naukowych werdyktów sąsiadowała z dydaktycznymi, oklepanymi truizmami. Broń Boże, nie zamierzamy sugerować, że to, co się wydarzyło 8 grudnia przypominało teatr „Variétés” z „Mistrza i Małgorzaty”, a występujący na scenie utytułowani eksperci od języka polskiego mieli w sobie coś z „artystów” z trupy Wolanda. Aż tak zabawnie, groteskowo i diabolicznie nie było. Nie obyło się jednak bez licznych potknięć i śmiesznostek, sporego pustosłowia i najzwyklejszej żenady, która, w instytucji stojącej na straży wysokich językowych standardów, pod żadnym pozorem nie powinna mieć miejsca. Po kolei zatem.
Niemal wszyscy zabierający głos uczestnicy konferencji dali się poznać jako ludzie idący z duchem czasu, zatem hołdujący poprawnościowym feminatywom, czego nie zamierzamy tu komentować. Problem w tym, że powstał z tego prawdziwy językowy galimatias. Słowa: „ministra”, „doktora”, „profesora”, „dyrektorka” używane były wymiennie z męskimi formami tych wyrazów. Często przez te same osoby, które nie potrafiły się zdecydować, bądź miały z tym wyraźny problem, jakiej opcji gramatycznej się trzymać. Dziwna to sytuacja, kiedy ten sam mężczyzna niemal w tej samej chwili jedną z kobiet honoruje stosownym feminatywem, zaś wobec drugiej używa konwencjonalnej męskiej formy. Trudno powiedzieć, jak ten gramatyczny przekładaniec został odebrany przez uczestników wydarzenia, które przecież miało być spotkaniem z piękną, godną naśladowania polszczyzną. Mogli się natomiast dowiedzieć, a uwaga ta padła z ust prelegenta z profesorskim tytułem, że obydwie formy: „doktora” i „doktorka” są poprawne. (A tak przy okazji, prosimy pana profesora o wskazanie słownika poprawnej polszczyzny, w którym znaleźć można wyrzeczone przez niego oboczności). Tak więc, Drodzy Polonusi, uczestnicy konferencji, widzicie, jaki u nas nastał werbalny pluralizm. Do pani Urszuli Starakiewicz-Krawczyk, która sprawowała nad imprezą gospodarską pieczę i która pieczętuje się tytułem doktorskim, możecie się zwracać per „pani doktor” (choć to w kręgach IRJP chyba nie jest mile widziane), „pani doktoro” i „pani doktorko”.
O popełnionych podczas spotkania licznych i rażących błędach mówić tu nie będziemy. Po pierwsze, przyjęcie na siebie roli purysty-zoila to jednak pójście na łatwiznę. Po drugie, bo wspaniałomyślnie postanowiliśmy potraktować je jako zwykłe lapsusy, które trafić się mogą nawet w takiej świątyni języka polskiego jak Instytut Rozwoju Języka Polskiego. Podobnie zresztą jak pustosłowie, które dosłownie aż biło z wielu wypowiedzi, a już zwłaszcza z tyrad prelegentów, omawiających, płynące z nowych i na wskroś „nowatorskich” ram programowych, dydaktyczne dobrodziejstwa. Niedowiarków odsyłamy do udostępnionego na You Tube nagrania z konferencji. Poczciwy Ben Akiba wprawdzie już dawno i mądrze powiedział, że „wszystko już było”, ale dla ekspertów z IRJP, licząca sobie niemal dwa tysiące lat mądrość, zdaje się nie mieć większego znaczenia. Nie zamierzamy w tym miejscu (właśnie z braku miejsca) pastwić się nad, przypominającym austriackie gadanie, sposobem zaprezentowania „nowatorskich” rozwiązań „Ram programowych”, dzięki którym podobno powstał – wreszcie! – „spójny system wsparcia edukacji polonijnej”. Obiecujemy natomiast, że dokument solidnie przeczytamy i, jako nauczyciele polonijni z kilkunastoletnim stażem, merytorycznie się doń odniesiemy.
No i ostatnia kwestia, która długim cieniem kładzie się na całej imprezie, przyćmiewając powyższe, zasygnalizowane jedynie, konferencyjne mankamenty. Rzecz dotyczy niejakiego Macieja Makselona, polonisty, który swoim ekscentrycznym wykładem otworzył tak zwaną „sesję inspiracyjną” konferencji. Ów prelegent został przez konferansjera zapowiedziany jako ktoś, kto „opowie nam o tym, co czyha na polszczyznę i czy warto jej przed tym bronić”. Zapewne ku zaskoczeniu słuchaczy, a z pewnością konferansjera, którego o zmianie tematu nie raczono uprzedzić, polonista (pan Maciej, jak się zdaje, swoją karierę naukową zakończył na stopniu magistra) zaczął swój wykład od poinformowania słuchaczy, że „tytuł jest nieaktualny”. Po tym krótkim przywitaniu prelegent dość obcesowo wyjaśnił, dlaczego ma do zaoferowania uczestnikom konferencji wykład na zupełnie inny temat: „Bardzo mi przykro, ponieważ wczoraj rozmawialiśmy z panią Izabelą i doszliśmy do wniosku, że będę mówił o czymś innym. To znaczy będę mówił o tym, jak mówić, żeby bardziej nas słuchano”. No i zaczęło się: pan Maciej, niczym urodzony showman, swobodnie przechadzał się po scenie, racząc słuchaczy przykładami różnych, tyleż zapewne w jego odczuciu zabawnych, co drastycznych, eksperymentów oraz wynikającymi z nich neuropsychologicznymi wnioskami. Zanim doszedł do omówienia „dwóch przepięknych samochodziarskich przykładów”, o których za chwilę, zdążył konsumentów świerszczy opatrzyć mianem „dewiantów”. Szczęściem dla pana Macieja wśród słuchaczy nie było (sądząc po aplauzie, jaki wywoływały jego słowa) kulinarnych amatorów bezkręgowców, choć na konferencję przyjechali goście także z tych rejonów świata, gdzie świerszcze są jadane. Ale to był dopiero niewinny początek brawurowej prelekcji, w której, właśnie w „samochodziarskich przykładach”, pojawił się wulgaryzm oraz związane z holokaustem treści, uznane przez polonistę za świetny materiał poglądowy. Prelegent zaprezentował słuchaczom, to jest wyświetlił i przeczytał, poniższe fragmenty ogłoszeń dotyczących sprzedaży samochodów: „Alfy nie kala się niemiecką przyziemnością słowa kombi. W kombi to się wozi cyklon B albo kompletne wydanie Bawarskich przygód małej Helgi na Blu-ray. W kombi jeżdżą zombi. (…) Jest to samochód dla kogoś, komu się alfy podobają (nie mówię, że tylko dla alfisty, bo trudno się stać alfistą nie posiadając jeszcze alfy). Słowem, jest to samochód dla każdego obdarzonego dobrym gustem. Jeśli komuś podobają się wyłącznie niemieckie samochody, to niech sobie dalej ogląda bawarskie porno, skrycie marzy o Endlösung der Judenfrage (słowa zapisane po niemiecku nasz „odważny” polonista przeczytał w następujący sposób: „skrycie marzy o czymś tam po niemiecku”, uznając zapewne, że przywołanie frazy o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” będzie krokiem zbyt ryzykownym) i w ogóle wiedzie swój niegustowny żywot w polo albo golfie (…)”. I drugie, przywołane przez prelegenta, ogłoszenie: „Sprzedam Skodę Fabię. Nic nie działa. Mam dosyć tej kurwy”.
Pan Maciej uznał oba ogłoszenia za „wspaniale skuteczne” (dowód: pierwsze „nabiło 60 tys. wyświetleń!”), w żaden sposób nie dystansując się wobec ich wulgarnej, by nie powiedzieć obrzydliwej treści. Obydwa teksty (nie zaznaczył, że autorem pierwszego jest Szczepan Twardoch, a samo ogłoszenie pochodzi z 2011 r.), którymi w trakcie ich czytania wyraźnie się delektował (polecamy nagranie!), poddał dość dziwacznej i mało przekonującej analizie. Zawarte w pierwszym ogłoszeniu aluzje do zagłady Żydów („ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”) uznał za dowód retorycznego wyrafinowania, bo przecież „Alfa ma trafić do osoby, która myśli o sobie w określony sposób. To jest osoba aspirująca i czyta coś takiego i sobie myśli, w sumie, no ja sam przecież tak bym pisał, prawda? Dla ludzi, którzy sączą prosecco wieczorową porą, i tak dalej”. W przypadku drugiego ogłoszenia – przekonywał ekscentryczny pan Maciej – „trafiamy prawdopodobnie do młodej osoby. To, że nic nie działa właściwie jest atutem, bo ja mogę się tego samochodu nauczyć. Kurwa dodaje sznytu oczywiście”.
Ciekawe, ile i co konkretnie z wykładu znajomego tajemniczej „pani Izabeli” zostało w głowach słuchaczy i co z tych „inspiracyjnych” wywodów o samochodowych markach powieźli oni do swych sobotnich szkół? Wywody te zresztą potraktować można jako nacechowany dezynwolturą pseudointelektualny, wulgarny popis, zwyczajną, obliczoną na łatwy poklask, paplaninę (polecamy nagranie!), która o dziwo, (i niestety!), z takim poklaskiem się spotkała. Czyżby uczestnicy konferencji, zauroczeni aktorskim sznytem pana Macieja, zapomnieli, że sesja, której się przysłuchują, ma być nie tylko „inspiracyjna”, ale także dopasowana do intelektualnych i językowych potrzeb dzieci i młodzieży ze środowisk polonijnych? No i, a może przede wszystkim, dopasowana do obowiązujących powszechnie standardów etycznych.
Nieszczęsna prelekcja polonisty Makselona to smutny dowód na to, że na polszczyznę czyha wciąż wiele niebezpieczeństw. Tym smutniejszy, że prelekcja ta została wygłoszona na priorytetowej imprezie Instytutu Rozwoju Języka Polskiego. Podmiotu, który przed takimi niebezpieczeństwami powinien nas, nauczycieli i naszych uczniów, wszelkimi możliwymi sposobami bronić.




Całkowicie zgadzam się z redakcją Ałmatora. Wypowiedź pana Macieja jak i potknięcia związane z używaniem feminatywów pokazuje nam wszystkim w jakiej kondycji jest polszczyzna, nawet u wykształconych, wysoko postawionych osób. Martwi mnie bardzo aspekt niekonsekwencji w wypowiedziach, gdzie nazwy zawodów są rodzaju żeńskiego. Skoro używają ich nauczyciele i patroni języka polskiego, jako przykład dla swoich uczniów, powinni przynajmniej trzymać się jednej formy, a w razie pytań od młodszego pokolenia umieć zgrabnie wytłumaczyć nowinki językowe i zasady ich użycia. Jako osoba, która jeszcze nie skończyła swojej edukacji na poziomie uniwersyteckim, mam nadzieję, że kultura języka i estetyka wypowiedzi powróci zarówno na "salony " jak i do naszego języka codziennego.
Porównania odnośnie holokaustu i wulgaryzmy są oczywiście zupełnie nie na miejscu w…
Chciałoby się powiedzieć, oglądając takie wystąpienia: dokąd zmierzasz polszczyzno?
Wysłuchując takich "znawców" i "autorytetów" wnioskuję, że nie jest to dobry kierunek.
Zgadzam się z wnioskami redakcji"Ałmatora" dotyczącymi konferencji i przypominam powiedzenie kardynała Richelieu " Od takich przyjaciół (polszczyzny) strzeż nas Boże, z wrogami sobie poradzimy.
Zgadzam się z redakcją Ałmatora. Jako mieszkance Oświęcimia szczególny niesmak budzą we mnie żarty z Holokaustu. Czy to audytorium powinno słuchać wyrażania się autora bez szacunku do poszczególnych grup społecznych? Czekam aż instytut odniesie się do odpowiedzi redakcji Ałmatora na wystosowane oświadczenia. Ja stawiam pytanie czy nauka ma promować to co jest popularne w mediach społecznościowych czy wartości, krytyczne myślenie i korzystanie z wiarygodnych źródeł.
Jako absolwentka szkoły średniej, z własnego doświadczenia obserwuję sytuację w systemie edukacji. Niestety, mam wrażenie, że znaczna część nauczycieli nie wykazuje wystarczającego zaangażowania w rzetelne wykonywanie swoich obowiązków.
To, co usłyszałam i zobaczyłam podczas tego wykładu, skłoniło mnie do refleksji nad poziomem prezentowanych treści. Forma i język wypowiedzi znacząco odbiegały od standardów, jakich można oczekiwać od wydarzenia o charakterze edukacyjnym. Tego rodzaju doświadczenie budzi poważne wątpliwości co do jakości przekazu oraz roli, jaką powinny pełnić instytucje edukacyjne w kształtowaniu kompetencji i postaw uczestników.
Degradacja jest w pełni pokazana. Szkoda, że polska edukacja jest na takiej drodze. Przyszłe pokolenia można uznać za utracone dla społeczeństwa kulturowego.